niedziela, 6 października 2013

ROZDZIAŁ IV

 Kierowca - pan Fink, odwiózł mnie do domu i szybko pojechał z chłopcem do szpitala.
 Stałem na chodniku i kopałem w bramę. Była zamknięta. Czekałem, aż ktoś mi otworzy, ale chyba nikt nie martwił się, gdzie znikłem. Wepchnąłem ręce w kieszenie i poszedłem przed siebie, pogwizdując wesołą melodyjkę. Przyglądałem się przeróżnym domom, zatrzymałem się przy jednym, który miał otwartą bramę. Zainteresowało mnie to, że każdy budynek był zadbany, a ten.. no był niezadbany. Wydawał się stary, opuszczony. Pchnąłem delikatnie bramę, która zaskrzypiała złowrogo. Zobaczyłem, że firanka w oknie, na górze poruszyła się.
 Zdecydowałem się jednak opuścić teren. Udałem się na przystanek, aby wybrać się do centrum.
Usiadłem pod wiatą autobusową, naciągając na głowę kaptur, ponieważ zauważyłem Kevina. Palił papierosa i kołysał się w rytm muzyki, której słuchał. Spojrzał przelotnie na mnie. Autobus nadjechał. Kevin rzucił niedopałek papierosa i zgniótł go butem.  Postanowiłem wsiąść do tego autobusu, chociaż jechał w niewiadomym mi kierunku. On usiadł przy oknie, przymykając oczy. Ja klapnąłem naprzeciwko Kevina.  Otworzył oczy i przyglądał mi się podejrzliwie.
 Tak przejechaliśmy spory kawałek drogi, gdy bus się zatrzymał Kevin wysiadł, a ja razem z nim. Przystanął na środku chodnika i patrzył na mnie. Przestraszyłem się, że mnie rozpoznał, ale nie, jednak nie. Odwrócił się i podreptał w stronę cmentarza. Przed bramą stała kwiaciarka, sprzedająca różnorodne kwiaty. Kevin kupił bukiet śnieżnobiałych róż i minął bramę. Ja zaciekawiony po co tam przyszedł, poszedłem za nim. Chociaż nie powiedziałbym, że akurat za nim. Chowałem się za różnymi nagrobkami. Wreszcie zauważyłem, jak utkwił wzrok w jeden nagrobek. Przedostałem się dalej, aby słyszeć to co mówi, mówił jaki to ze mnie dzieciak, że nie nadaje się na dziedzica. Poczerwieniałem na twarzy, słuchając dalej.
-Kocham Cię Christianie. - mruknął i położył na nagrobku bukiet róż, wzdychając smutno. Zobaczyłem jak odchodzi. Wychyliłem się zza nagrobka i podszedłem do tego szczególnego miejsca. Zmrużyłem oczy, przyglądając się jakby swojemu zdjęciu, ale podpis głosił "Christian Charles Fox". To był mój brat. Stałem tam długo, a z moich oczów leciały łzy. Słońce zniknęło gdzieś za chmurami. Niebo płakało, a ja razem z nim. Otarłem łzy i odwróciłem się, idąc w stronę wyjścia z opuszczoną głową.
-Christopherze, dlaczego mnie śledziłeś? - wysyczał Kevin wyrastając nagle przede mną i przyglądając się mojej zapłakanej twarzy. - Co się stało? - powiedział, a jego ton zmiękł.
-Ja..ja..przepraszam - wyszeptałem i wytarłem ponownie oczy.
On podszedł do mnie i przytulił  mocno do siebie,  po chwili odgarnął moje włosy z twarzy i uśmiechnął się. Była to dla mnie najpiękniejsza chwila w tym dniu.
-Wracamy do domu, dzieciaku. 
Pokiwałem głową, a on delikatnie chwycił mnie za rękę, prowadząc w stronę przystanku. Zarumieniłem się, a serce biło coraz szybciej. Niestety puścił mnie i usiadł obok, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Wyjął papierosa i zapalił, przymykając oczy.
- W domu porozmawiamy o tym. - mruknął i zaciągnął się dymem tytoniowym. Gdy otworzył oczy na jego twarzy znów widniał kpiący uśmieszek. Wypuścił dym nosem i zadzwonił do Maxima. Wywnioskowałem po tym, że  ze słuchawki telefonu słychać było wesoły, rosyjski akcent.
Rosjanin nadjechał bardzo szybko, bez słowa otworzył drzwi auta. Wskoczyłem na tylne miejsce, a obok mnie usiadł Kevin. Rozpoczął się wesoły dialog między Maximem, a Kevinem.
Pogoda za oknem sprawiała, że stawałem się śpiący. Przez mgłę jeszcze słyszałem ironiczny ton, aż wreszcie znalazłem się w objęciach Morfeusza.  Śniło mi się, że jadę z Christianem autem, aż nagle w nasz samochód wjeżdża inny. Widziałem rozpacz ludzi, krew. Szukałem Christiana, ale nigdzie go nie było.. Po raz kolejny obudziłem się z sercem bijącym jak młot.
Maxim zatrzymał się przed bramą. Wypełzłem z auta, cholernie zmęczony. Cały świat wirował mi przed oczami, dostałem mdłości.
-Boże chodzisz jakbyś był pijany. - zaśmiał się Kevin i zaniósł mnie do domu.
Położył mnie do łóżka i przykrył kołdrą następnie zgasił światło i wyszedł po cichu z mojego pokoju. Wyskoczyłem spod kołdry i usiadłem na parapecie, przyglądając się płaczącemu niebu. Oparłem głowę o lodowatą szybę i przymknąłem oczy. Rozmyślałem nad tym, jak zginął mój brat, jaki był.. Nagle telefon na biurku rozdzwonił się, westchnąłem i sięgnąłem po komórkę.
"Masz jedną wiadomość od Oliwier" Skąd on miał mój numer? Napisał : "Wybacz Chris, to była nagła sytuacja. Odezwę się jutro. Kocham Cię :*" Nie odpisałem mu nic. Rzuciłem telefon na łóżko i wyszedłem z pokoju. Miałem ochotę na rozmowę z Kevinem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział krótki bo nie mam  za bardzo weny, prosiłbym o jakieś komentarze czy coś :3

piątek, 4 października 2013

ROZDZIAŁ III




Przez cały dzień Kevin oprowadzał mnie po domu. Nie zdołałem zliczyć pomieszczeń, zakodowałem tylko drogę do mojego pokoju, który był na drugim piętrze, do łazienki (A no tak w domu były 4 łazienki, zapamiętałem!), i oczywiście do kuchni. Jak można byłoby zapomnieć o tak ważnym pomieszczeniu? Mamy prywatnego kucharza - Marcello Oliveto.
Jego jedzenie było przepyszne, a mini calzone z grillowanymi warzywami.. mm pycha.
 Po oprowadzeniu Kevin odwrócił się na pięcie i bez żadnego słowa sobie poszedł.
No jaki bezczelny - pomyślałem. Nagle moją uwagę przykuły schodki schodzące w ciemność.
Zainteresowany, co tam może być zszedłem schodkami w dół. Zapaliłem światło i moim oczom ukazały się stare, zakurzone pudła ulokowane przy drzwiach. Musiałem odsunąć pudła, żeby zobaczyć ogromne drzwi z zardzewiałą kłódką, na dodatek była ona owinięta łańcuchem.
Ten widok zaintrygował mnie. Niecodziennie widzi się drzwi i to tak szczelnie zamknięte.
Zdecydo­wałem, że sam odkryje co się za nimi kryje. Nie potrzebuje bezczelnego towarzysza.
W domu musi być, gdzieś klucz do tej tajemnicy..
-Christopher!
 Krzyk mojej matki dochodził z mojego pokoju, westchnąłem i podreptałem posłusznie na górę.
-Tak mamo? - spojrzała na mnie, a dym sączył się z jej papierosa.
-Jakiś chłopak się pyta czy możesz wyjść. To chyba Oliwier, ale nie jestem pewna.
-Co on tu robi? - zapytałem, a ona wzruszyła ramionami i odeszła.
Zbiegłem na dół. W salonie, na skórzanej sofie siedział  niespodziewany gość.
Uśmiechnął się na mój widok i wstał.
-Co ty tu robisz?
-Martwiłem się, tak nagle zniknąłeś ze szpitala. - mruknął, a po chwili zamyślenia dodał - Dopiero Charlie powiedział mi, że jesteś u swojej matki.
-A no tak, w porządku.
-Pójdziemy na spacer? - zapytał, ponownie ukazując ząbki.
Kiwnąłem głową. Mieliśmy już wychodzić, gdy nagle zobaczyłem Kevina wpatrującego się w osłupieniu, w Oliwiera. On chyba to zauważył, bo odwrócił się i rzucił z kpiącym uśmiechem :
-Witaj Kevinie.
Kevin oprzytomniał, bo zmierzył wzrokiem z pogardą Oliwiera.
-Cześć, co tu robisz? - warknął.
-Mamy iść zamiar z Chrisem na spacer.- mruknął i pociągnął mnie za rękę.
-Uważaj na niego. - wskazał na Oliwiera i udał się w stronę kuchni.
  Spacerując z Olim, po ogrodzie przypomniałem sobie słowa Kevina skierowane do mnie "Uważaj na niego" co to miało znaczyć? Czy między nimi coś było? Niee, na pierwszy rzut oka widać było, że się nienawidzą.. chociaż.. jak to mówią od miłości do nienawiści jeden krok.. może jednak?
-Uwielbiam jak tak rozmyślasz. - stwierdził i  pocałował mnie w policzek.
W niespodziewanym momencie jego telefon się rozdzwonił.
-Zaczekaj momencik. - westchnął i odebrał, odchodząc w niewiadomym kierunku.
Usiadłem na ławeczce i zamknąłem oczy. Nie mam pojęcia ile minut minęło, ale gdy otworzyłem oczy Oliwiera nigdzie nie było.
Zostawił mnie - pomyślałem zawiedziony i zdecydowałem wyjść poza bramę domu.
Wsiadłem do limuzyny i poleciłem kierowcy pojechać do centrum miasta.
Patrzyłem na mijające drzewa, znaki, aż raptownie moją uwagę przyciągnęło wstrząsające wydarzenie.
Wydarłem się na kierowcę, żeby się zatrzymał. Samochód z piskiem opon wjechał w czyjeś ogrodzenie. Nie interesowało mnie to. Wygramoliłem się z auta i pobiegłem w stronę dwóch chłopaków, kopiących trzeciego. Byli w moim wieku.
-Zostawcie go! - wrzasnąłem cały czerwony ze złości. - Won!
Rzucili na mnie okiem i odeszli, wykrzykując w moją stronę przeróżne przekleństwa.
Podszedłem do skulonego chłopaka, odwróciłem go delikatnie. Chłopiec miał podbite oko, rozwaloną wargę z której ciekła krew.
-Dziękuje. - wyszeptał i stracił przytomność.
Pogna­łem do kierowcy. Wytłumaczyłem czemu tak nagle, kazałem mu się zatrzymać. On zrozumiał, wziął chłopaka na ręce, wpakował do auta  i pojechaliśmy do szpitala. Mam nadzieje, że nic mu nie jest. - pomyślałem.

 


niedziela, 29 września 2013

ROZDZIAŁ II

 Kolejne dni mijały niespokojnie. Odwiedziła mnie policja, wypytująca mnie o szczegóły. Wiadomość o moim przebudzeniu dotarła do mediów. Gazety rozpisywały się na ten temat. Fotoreporterzy tłoczyli się przed wejściem do szpitala. Pewnego dnia, gdy chodziłem po korytarzu poczułem, że ktoś mnie śledzi. Właśnie wtedy zza rogu wypadł paparazzi pstrykając mi pełno zdjęć. Stałem wystraszony, a w moje oczy błyskał flesz aparatu. Ochrona szpitala wyniosła nieproszonego gościa. Nie mam pojęcia, dlaczego okazałem się tak bardzo smakowitym kąskiem dla ich brukowców.
Siedziałem na parapecie i piłem poranną kawę, gdy usłyszałem ciche pukanie. Bez mojej zgody, do pokoju wszedł wysoki mężczyzna o czarnych i krótkich włosach, przystrzyżonych dokładnie. Na sobie miał idealnie wykrojony garnitur, a na nogach, na połysk wyczyszczone buty ze skóry. W jego brązowych oczach zobaczyłem łzy, które z trudem powstrzymywał. Podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. Gdy mnie puścił zobaczyłem, że na ręce ma złoty zegarek, a na palcach obrączkę i srebrny sygnet. Uśmiechnął się, ukazując śnieżnobiałe zęby.
-Synku - powiedział i poczochrał mi włosy.
-Tato, gdzie mama? - spytałem zaciekawiony i poprawiłem grzywkę.
Tymi słowami starłem z twarzy ojca, radosny uśmiech.
-Mamy mały kryzys. - wyburczał.
A ja nie zamierzałem pytać o więcej.
-Jutro wracasz do domu. - powiedział, a mi się zrobiło nagle smutno. Mam zostawić Boba?
-Ale jak to możliwe, przecież jest ich tam pełno. - wyszeptałem.
-O to się nie martw syneczku.
Nagle rozdzwonił się telefon, ojciec wyciągnął go z kieszeni spodni i odebrał. Pokazał mi na palcach “moment“ i oddalił się w drugą stronę sali.
Zastanawiałem się czemu mają kryzys i jak wygląda mama. Wrócił, a jego wzrok był lodowaty.
-Dzwoniła twoja matka, chce żebyś u niej zostawał w weekendy. - wycedził przez zęby.
-Jutro jest weekend. - ucieszyłem się.
-Przyjedzie po ciebie o 10. Ja już musze się zbierać. - poinformował mnie. Przytulił mnie na pożegnanie i opuścił sale.
Po jego wyjściu zrobiło mi się strasznie smutno i poczułem się strasznie samotny.
Nie wykazał zainteresowania moim zdrowiem. - pomyślałem rozgoryczony.
Mam nadzieje, że matka jest lepsza.. - ziewnąłem i z tą myślą zasnąłem.
 
 Obudziłem się następnego dnia, a promienie słońca padały na moją twarz. Dzisiaj miałem poznać swoją mamę, poderwałem się z łóżka i ubrałem w ciuchy przyniesione przez ojca. Założyłem niebieską koszulkę z Myszką Miki, czarne spodnie i moje ulubione czarne conversy. Spakowałem się, patrząc niecierpliwie na zegarek. Podszedłem do lustra, wiszącego i wpatrywałem się w swoje odbicie.
Miałem wielkie oczy o niebieskim kolorze i jasne blond włosy. Moje rysy były delikatne, a usta malinowe.
Uśmiechnąłem się do siebie i poprawiłem grzywkę. Zarzuciłem torbę na ramię i opuściłem sale. Od razu podreptałem do gabinetu Marka po wypis, bez pukania wszedłem do pokoju. Uniósł głowę znad papierów, obdarowując mnie uśmiechem i podał mi wypis. Wepchnąłem go do kieszeni, a on uścisnął mnie przyjaźnie.
-Do zobaczenia, Christopher.
-Do widzenia doktorze Fine. - pożegnałem się, a gdy spojrzałem na zegarek, wskazówki wskazywały na 9:30. Miałem jeszcze pół godziny do przyjazdu mamy, zapukałem do znajomego pokoju.  Nic nie usłyszałem po drugiej stronie, nacisnąłem klamkę, ale drzwi były zamknięte. Przestraszony podszedłem do dyżurki i ponownie zapukałem w szybkę.














Zapytałem się pielęgniarki, gdzie pacjent z pokoju 251.
-Pan Wilson miał w nocy atak, niestety nie udało się go uratować..
 
 Dalej nie słuchałem, odszedłem lekko się chwiejąc. W moje serce wtargnął chłód, a z oczu leciały łzy. Bob..Bob.
-Dlaczego?! - ryknąłem i kopnąłem w ścianę.
Był moim przyjacielem, jak można odebrać komuś przyjaciela. Nie wierzyłem w Boga, ale teraz nienawidziłem z całego serca tego, który steruje nami jakbyśmy byli kukiełkami, które odgrywają przydzielone role. Kiedy znudzi mu się kukiełka, wyrzuca ją na śmietnik nie zważając na to czy ta kukiełka miała kogoś ważnego. Tak jesteśmy kukiełkami.
Wytarłem łzy i zerknąłem na zegarek 9:59.
Spojrzałem na windę, która się właśnie otwierała. Z windy wyszedł wysoki, umięśniony mężczyzna po 30. Ubrany był na czarno, podszedł do mnie.
-Christopher Fox?
Kiwnąłem głową.
- Twoja matka czeka w aucie. - burknął i zabrał mi torbę. Wsiedliśmy do windy i zjechaliśmy do podziemnego parkingu.
 
 Od razu zobaczyłem swoją matkę, stojącą przy białym mercedesie z papierosem w ustach. Miała przymknięte oczy, ale gdy je otworzyła zobaczyłem ten sam niebieski kolor, te same delikatne rysy twarzy i ten sam kolor włosów. Wyciągnęła do mnie ręce, a gdy podszedłem przytuliła mnie mocno.
-Maxim, jedziemy. - rozkazała i wsiadła do auta. Ja usadowiłem się z tyłu na miękkich, skórzanych siedzeniach.




-Prześpij się kochanie. - zagruchała, a ja posłusznie zamknąłem oczy i zasnąłem.
 
 
 
 
   Śniło mi się, że jest noc, a ja wychodzę ze sali w szpitalu i idę do pokoju Boba. Jednak drzwi były zamknięte. Zaniepokojony zajrzałem do pokoju przez dziurkę do klucza. W pokoju panował półmrok, a obok spokojnie śpiącego Boba stał odwrócony mężczyzna.. ze.. ze strzykawką. 
Otworzył buteleczkę z płynem i nabrał go do strzykawki. Następnie wstrzyknął to Bobowi. Usłyszałem przeraźliwy pisk maszyny wskazującej na zatrzymanie akcji serca. Próbowałem pobiec po pomoc, ale podłoga szpitalna zaczęła roztapiać się i mnie pochłaniać. Drzwi pokoju otworzyły się i mogłem jedynie patrzeć jak mój przyjaciel umiera. Lekarze przybiegli za późno. Wydarzenie rozpłynęło się w nicości, a ja obudziłem się zlany potem i sercem bijącym jak młot. Po chwili uświadomiłem sobie, że to był koszmar, a ja siedzę w mercedesie matki. Moje serce zaczęło się uspokajać. Wyjrzałem przez okno. To co zobaczyłem zaparło mi dech w piersiach. Podziwiałem ogromny dom, przypominający pałac. Na prawie całą szerokość posesji rozciągał się przepiękny ogród. Gdy brama otworzyła się i wjeżdżaliśmy na podjazd, w kącie ogrodu zauważyłem gigantyczną fontannę zbudowaną z marmuru. Wodę wypuszczał wyrzeźbiony aniołek. Wyszedłem z auta, a kamyki zachrzęściły pod moimi butami. Moja matka wyskoczyła z auta z następnym papierosem w ustach.
Jej ile ona paliła - pomyślałem zniesmaczony.
 Przed matką wyrósł Maxim, który otworzył nam drzwi. Wkroczyłem do domu pewnym krokiem. Najpierw zauważyłem masę obcych ludzi, a nad ich głowami, wiszący na powitanie transparent "Witaj w domu Christopher!"
Wszyscy zaczęli śpiewać "Sto lat, sto lat", a ja stałem tam jak słup soli i patrzyłem na nich oczami wielkimi jak spodki.  Szef kuchni przywiózł czekoladowy tort z szesnastoma świeczkami. Aaa, no tak nie obchodziłem urodzin, to dlatego to wszystko.
- Zdmuchnij świeczki! - wszyscy krzyknęli jednogłośnie.
Posłusznie zdmuchnąłem świeczki. Usłyszałem oklaski, skłoniłem się zażenowany.
-Wracajcie do pracy - matka machnęła ręką, a całe zbiorowisko rozeszło się szybko w różne strony.
-I jak ci się podobało?
- Nie spodziewałem się tego - mruknąłem szczerze.
- Chcesz zobaczyć swój pokój? - zapytała.
Kiwnąłem głową, a ona przywołała do siebie ruchem ręki wyższego ode mnie bruneta, o zielonych oczach i z zabójczym uśmiechem.  Omiótł mnie wzrokiem, a ja zarumieniłem się po uszy.
-Kevinie, oprowadź mojego syna po domu - rozkazała matka i odeszła w stronę salonu.
Kevin stał i przewiercał mnie wzrokiem z kpiącym uśmieszkiem na twarzy.
- A więc to ty jesteś dziedzicem?
- Mhm..
- Dobrze, a więc chodźmy. - powiedział i odwrócił się na pięcie, zmierzając w stronę schodów.
Chyba się nie zaprzyjaźnimy - pomyślałem i podreptałem za nim.

 
 
 
 
 

 

ROZDZIAŁ I

 Spałem.. Nawet nie mam pojęcia jak długo, gdy otworzyłem oczy zobaczyłem niewyraźny obraz. Musiałem zamrugać parę razy, aby widok się wyostrzył. Właśnie wtedy zauważyłem białe ściany, białe łóżka z wykrochmaloną pościelą. Wszystko było białe. Spojrzałem w bok i wtedy ujrzałem chłopaka. Miał na oko z 17 lat. Jego oczy były koloru gorzkiej czekolady, a włosy średniej długości i kruczoczarne. Próbowałem przypomnieć go sobie, ale w głowie czułem jedynie pustkę. Nie miałem pojęcia kim on jest, gdzie jestem, a najbardziej przerażała mnie myśl, że nie wiedziałem kim sam jestem. W mojej głowie była wielka, czarna dziura. Próbowałem poruszyć palcami u ręki, ale wtedy przyszło mi to z wielkim trudem. Czułem ból rozrywający mnie na strzępy. Po około paru  minutach zacząłem poruszać normalnie palcami, już nie bolało mnie tak bardzo. Dla kogoś obserwującego mogły to być zwykłe mijające szybko minuty, ale dla mnie była to wieczność. Moje ciało  przyzwyczajało się do “ruchu“. Mięśnie bolały mnie niemiłosiernie. Wreszcie moje dokonania zauważył odwiedzający mnie chłopak. Twarz wyrażała zdumienie, a w oczach zaszkliły się łzy. Smutku, radości? Nie umiałem tego określić, ale bardziej obstawiałem przy łzach radości, szczęścia. Patrzył na mnie, a mi zaczęło się robić głupio. W końcu wziąłem wdech i wychrypiałem z wielkim trudem :
-No co się tak gapisz? 
Reakcją chłopaka był śmiech po chwili podszedł do mnie i dał mi buziaka w czoło. 
- Przepraszam, ale głupio mi o to pytać..jak się nazywasz? - zmarszczyłem brwi.
Radość chłopaka ulotniła się. Spoważniał i usiadł na krzesełku.
Zmarszczył zabawnie nos.
-Nie..nie pamiętasz mnie? - Powiedział to z takim smutkiem, że moje serce ścisnęło się z żalu. Może był to ktoś z mojej rodziny? Pokręciłem przecząco głową. On uśmiechnął się, ale w oczach czaił się bezgraniczny smutek.
- Nazywam się Oliwier. Pamiętasz? - zapytał z nadzieją. 
- Yh..nie pamiętam. - posmutniałem.
Oliwier, gdy to zobaczył ujął moją buzie w łapki i uśmiechnął się, ukazując swoje śnieżnobiałe ząbki.
- Oj Chris, ty i ta twoja skleroza. - zaśmiał się.
- Chris? Jaki Chris?
- Nie pamiętasz swojego imienia? 
-No,no nie.. - wyszeptałem cicho.
-Poczekaj kochanie, pójdę po lekarza. - cmoknął mnie w policzek i pobiegł po lekarza. 
 A po głowie tłukła mi się jedynie, jedna myśl. Dlaczego nazwał mnie swoim kochaniem? Z moich myśli wyrwał mnie trzask zamykanych drzwi. Podniosłem wzrok i ujrzałem faceta przed 30. Miał na nosie okulary w modną oprawkę i nosił kitel szpitalny. Z boku miał przypiętą plakietkę z imieniem i nazwiskiem. Mark Fine. Przeczytałem. 
On uśmiechnął się i przysiadł obok mnie. Z kieszeni wyciągnął małą latareczkę którą poświecił mi w oczy. 
Poklepał mnie delikatnie po ramieniu. 
- I jak ma się mój ulubiony pacjent?
-Ulubiony? Dlaczego? - zrobiłem duże oczy.
-Mało jesz, nie marudzisz. - zaśmiał się serdecznie. - Nie pamiętasz swojego imienia?- spojrzał z troską na mnie. 
- Nic nie pamiętam, panie doktorze.
- Hm, nie martw się mały, tak zawsze jest po śpiączce. Amnezja szybko minie i przypomnisz sobie wszystko. A teraz odpocznij, żeby jutro mieć siły na dużo badań. - powiedział, poprawił kroplówkę i wyszedł z sali.
Oliwier krążył po pokoju.
- Byłem w śpiączce? 
Potwierdził kiwnięciem głowy.
-Dlaczego?
- Ktoś cie napadł, gdy wracałeś do domu. Znalazłem cię przed domem, byłeś w kałuży krwi. To było straszne.. - urwał potrząsając głową, jakby chciał wyprzeć ze świadomości to wspomnienie. Słuchałem go, ale nagle zrobiło mi się słabo.   Ogarnęła mnie ciemność. Gdy się obudziłem Oliwiera już nie było. To, że tu był wskazywał jedynie zapach jego perfum unoszących się w powietrzu. Nagle ogarnął mnie wielki głód. Spojrzałem na bombonierkę przewiązaną czerwoną wstążką, odwiązałem i uchyliłem wieczko, od razu uderzył mnie zapach przepysznej czekolady. Wepchnąłem łakomie czekoladki do ust, bojąc się, że ktoś może mi je odebrać. Uderzyła mnie myśl, że pewnie teraz wyglądam jak chomik, który chomikuje jedzenie w swoich policzkach. Z tego wyobrażenia o mało się nie udławiłem czekoladkami, dusząc się ze śmiechu. Po czekoladzie zachciało mi się wypić gorącą herbatkę z cytrynką, więc założyłem na nogi kapcie i wyszedłem z sali. Ponownie uderzyła mnie biel ścian w szpitalu. Gdy przechodziłem obok dyżurki pielęgniarek usłyszałem strzępy słów takich jak : niemożliwe, dziedzic, Christopher,  napad, policja, niebezpieczeństwo. Zmarszczyłem nos słysząc swoje imię i zapukałem w szybkę. Zobaczyłem, że kobiety zatopione w rozmowie na mój temat, aż podskoczyły ze strachu. Z dyżurki wyszła jasnowłosa, młoda pielęgniarka i zapytała uprzejmie  w czym może pomóc.  Nasuwało mi się tak dużo pytań typu - kto jest dziedzicem, czego, jakie niebezpieczeństwo, co jest niemożliwe i czy im chodzi o mnie, albo o innego Christophera. 
-Ma pani coś do picia? - wydukałem nieśmiało. Dziewczyna zamyśliła się, odwróciła i po chwili wróciła z filiżanką herbaty. Podała mi ją, a ja podziękowałem i poszedłem w stronę swojej sali. 
- Hej mały, chcesz zagrać? 
Zatrzymałem się i spojrzałem w stronę głosu. Przy drzwiach stał starszy mężczyzna, potrząsający pudełkiem z szachami. Jego małe oczka wpatrywały się we mnie natarczywie. Niepewnie przytaknąłem, wtedy on odsunął się i wpuścił mnie do pokoju. To co mnie zaskoczyło, w jego pokoiku było tym, że ściany nie były białe, lecz miały  morski kolor. A do ścian były przylepione różne wycinki z gazet i zdjęcia. Przedstawiały one, stojącego na statku z wielkim uśmiechem młodego mężczyznę ubranego w kapitański strój. Wtedy zauważyłem podobieństwo między chłopakiem ze zdjęcia, a tym starszym panem.- Stare dobre czasy.. - westchnął i uśmiechnął się, klepiąc mnie po ramieniu. - To jak z tymi szachami? 
- Zagram, zagram. - odwzajemniłem uśmiech. I tak graliśmy do rana, rozmawiając ze sobą. Dowiedziałem się, że jego żona zmarła pięć lat temu, że ma dwóch starszych synów. Jeden nazywa się Frank i ma 27 lat. Odwiedza Boba  - tak się nazywa starszy pan. A drugi ma 24 lata i na imię ma Patrick tylko, że pracuje  zagranicą. Bob opowiadał mi o tym jak był kapitanem statku. Morskie opowieści, to jest coś. Ja sam nie wiedziałem co mam mu opowiadać, przecież nie pamiętałem nic. Nagle on wyciągnął z szafki pogiętą, sprzed roku gazetę. Na stronie tytułowej zobaczyłem zdjęcie swojej twarzy i ogromny napis ,głoszący : “Dziedzic majątku Foxów zaatakowany“  Czyli minął rok - pomyślałem i zagłębiłem się w tekst. 
“Christopher Fox (15 lat) znaleziony przed domem przez swojego współlokatora  Oliwiera Bakera (18 lat). Dziedzic fortuny Foxów ma wstrząs głowy i jest w śpiączce, lekarze nie dają szansy na przebudzenie. Rodzice chłopaka są zrozpaczeni. Jak przypuszcza policja napastnikami mogli być zwykli złodzieje, lecz Charlie Fox (35 lat) ojciec poszkodowanego oskarża rodzinną firmę Towerty. Z naszych źródeł wynika, że firma Fox i Towerty konkurują ze sobą. Jaki był motyw napadnięcia na niewinnego chłopaka? Kim byli napastnicy?“ Skończyłem czytać, a przed moimi oczami widniały słowa “KIM BYLI NAPASTNICY?“ No właśnie, kim byli.  Bob spoglądał niepewnie na mnie.
Nawet nie zauważyłem, że płakałem czytając artykuł.  Pociągnąłem nosem. - Nie martw się mały, wszystko się wyjaśni. 
-Taa..- mruknąłem. Jeśli byli to zwykli złodzieje.., a jeśli nie? Przeraziłem się nie na żarty. Jeśli nie, to może mi grozić ogromne niebezpieczeństwo. Ktoś kto zrobił to raz i mu się nie udało, spróbuje jeszcze raz. Po moich plecach przeszły ciarki, a gardło ścisnęło się ze strachu. Ciemność przyszła niespodziewanie, przyciągając mnie do siebie, a ja pozwoliłem się w nią wciągnąć.