niedziela, 6 października 2013

ROZDZIAŁ IV

 Kierowca - pan Fink, odwiózł mnie do domu i szybko pojechał z chłopcem do szpitala.
 Stałem na chodniku i kopałem w bramę. Była zamknięta. Czekałem, aż ktoś mi otworzy, ale chyba nikt nie martwił się, gdzie znikłem. Wepchnąłem ręce w kieszenie i poszedłem przed siebie, pogwizdując wesołą melodyjkę. Przyglądałem się przeróżnym domom, zatrzymałem się przy jednym, który miał otwartą bramę. Zainteresowało mnie to, że każdy budynek był zadbany, a ten.. no był niezadbany. Wydawał się stary, opuszczony. Pchnąłem delikatnie bramę, która zaskrzypiała złowrogo. Zobaczyłem, że firanka w oknie, na górze poruszyła się.
 Zdecydowałem się jednak opuścić teren. Udałem się na przystanek, aby wybrać się do centrum.
Usiadłem pod wiatą autobusową, naciągając na głowę kaptur, ponieważ zauważyłem Kevina. Palił papierosa i kołysał się w rytm muzyki, której słuchał. Spojrzał przelotnie na mnie. Autobus nadjechał. Kevin rzucił niedopałek papierosa i zgniótł go butem.  Postanowiłem wsiąść do tego autobusu, chociaż jechał w niewiadomym mi kierunku. On usiadł przy oknie, przymykając oczy. Ja klapnąłem naprzeciwko Kevina.  Otworzył oczy i przyglądał mi się podejrzliwie.
 Tak przejechaliśmy spory kawałek drogi, gdy bus się zatrzymał Kevin wysiadł, a ja razem z nim. Przystanął na środku chodnika i patrzył na mnie. Przestraszyłem się, że mnie rozpoznał, ale nie, jednak nie. Odwrócił się i podreptał w stronę cmentarza. Przed bramą stała kwiaciarka, sprzedająca różnorodne kwiaty. Kevin kupił bukiet śnieżnobiałych róż i minął bramę. Ja zaciekawiony po co tam przyszedł, poszedłem za nim. Chociaż nie powiedziałbym, że akurat za nim. Chowałem się za różnymi nagrobkami. Wreszcie zauważyłem, jak utkwił wzrok w jeden nagrobek. Przedostałem się dalej, aby słyszeć to co mówi, mówił jaki to ze mnie dzieciak, że nie nadaje się na dziedzica. Poczerwieniałem na twarzy, słuchając dalej.
-Kocham Cię Christianie. - mruknął i położył na nagrobku bukiet róż, wzdychając smutno. Zobaczyłem jak odchodzi. Wychyliłem się zza nagrobka i podszedłem do tego szczególnego miejsca. Zmrużyłem oczy, przyglądając się jakby swojemu zdjęciu, ale podpis głosił "Christian Charles Fox". To był mój brat. Stałem tam długo, a z moich oczów leciały łzy. Słońce zniknęło gdzieś za chmurami. Niebo płakało, a ja razem z nim. Otarłem łzy i odwróciłem się, idąc w stronę wyjścia z opuszczoną głową.
-Christopherze, dlaczego mnie śledziłeś? - wysyczał Kevin wyrastając nagle przede mną i przyglądając się mojej zapłakanej twarzy. - Co się stało? - powiedział, a jego ton zmiękł.
-Ja..ja..przepraszam - wyszeptałem i wytarłem ponownie oczy.
On podszedł do mnie i przytulił  mocno do siebie,  po chwili odgarnął moje włosy z twarzy i uśmiechnął się. Była to dla mnie najpiękniejsza chwila w tym dniu.
-Wracamy do domu, dzieciaku. 
Pokiwałem głową, a on delikatnie chwycił mnie za rękę, prowadząc w stronę przystanku. Zarumieniłem się, a serce biło coraz szybciej. Niestety puścił mnie i usiadł obok, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Wyjął papierosa i zapalił, przymykając oczy.
- W domu porozmawiamy o tym. - mruknął i zaciągnął się dymem tytoniowym. Gdy otworzył oczy na jego twarzy znów widniał kpiący uśmieszek. Wypuścił dym nosem i zadzwonił do Maxima. Wywnioskowałem po tym, że  ze słuchawki telefonu słychać było wesoły, rosyjski akcent.
Rosjanin nadjechał bardzo szybko, bez słowa otworzył drzwi auta. Wskoczyłem na tylne miejsce, a obok mnie usiadł Kevin. Rozpoczął się wesoły dialog między Maximem, a Kevinem.
Pogoda za oknem sprawiała, że stawałem się śpiący. Przez mgłę jeszcze słyszałem ironiczny ton, aż wreszcie znalazłem się w objęciach Morfeusza.  Śniło mi się, że jadę z Christianem autem, aż nagle w nasz samochód wjeżdża inny. Widziałem rozpacz ludzi, krew. Szukałem Christiana, ale nigdzie go nie było.. Po raz kolejny obudziłem się z sercem bijącym jak młot.
Maxim zatrzymał się przed bramą. Wypełzłem z auta, cholernie zmęczony. Cały świat wirował mi przed oczami, dostałem mdłości.
-Boże chodzisz jakbyś był pijany. - zaśmiał się Kevin i zaniósł mnie do domu.
Położył mnie do łóżka i przykrył kołdrą następnie zgasił światło i wyszedł po cichu z mojego pokoju. Wyskoczyłem spod kołdry i usiadłem na parapecie, przyglądając się płaczącemu niebu. Oparłem głowę o lodowatą szybę i przymknąłem oczy. Rozmyślałem nad tym, jak zginął mój brat, jaki był.. Nagle telefon na biurku rozdzwonił się, westchnąłem i sięgnąłem po komórkę.
"Masz jedną wiadomość od Oliwier" Skąd on miał mój numer? Napisał : "Wybacz Chris, to była nagła sytuacja. Odezwę się jutro. Kocham Cię :*" Nie odpisałem mu nic. Rzuciłem telefon na łóżko i wyszedłem z pokoju. Miałem ochotę na rozmowę z Kevinem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział krótki bo nie mam  za bardzo weny, prosiłbym o jakieś komentarze czy coś :3

piątek, 4 października 2013

ROZDZIAŁ III




Przez cały dzień Kevin oprowadzał mnie po domu. Nie zdołałem zliczyć pomieszczeń, zakodowałem tylko drogę do mojego pokoju, który był na drugim piętrze, do łazienki (A no tak w domu były 4 łazienki, zapamiętałem!), i oczywiście do kuchni. Jak można byłoby zapomnieć o tak ważnym pomieszczeniu? Mamy prywatnego kucharza - Marcello Oliveto.
Jego jedzenie było przepyszne, a mini calzone z grillowanymi warzywami.. mm pycha.
 Po oprowadzeniu Kevin odwrócił się na pięcie i bez żadnego słowa sobie poszedł.
No jaki bezczelny - pomyślałem. Nagle moją uwagę przykuły schodki schodzące w ciemność.
Zainteresowany, co tam może być zszedłem schodkami w dół. Zapaliłem światło i moim oczom ukazały się stare, zakurzone pudła ulokowane przy drzwiach. Musiałem odsunąć pudła, żeby zobaczyć ogromne drzwi z zardzewiałą kłódką, na dodatek była ona owinięta łańcuchem.
Ten widok zaintrygował mnie. Niecodziennie widzi się drzwi i to tak szczelnie zamknięte.
Zdecydo­wałem, że sam odkryje co się za nimi kryje. Nie potrzebuje bezczelnego towarzysza.
W domu musi być, gdzieś klucz do tej tajemnicy..
-Christopher!
 Krzyk mojej matki dochodził z mojego pokoju, westchnąłem i podreptałem posłusznie na górę.
-Tak mamo? - spojrzała na mnie, a dym sączył się z jej papierosa.
-Jakiś chłopak się pyta czy możesz wyjść. To chyba Oliwier, ale nie jestem pewna.
-Co on tu robi? - zapytałem, a ona wzruszyła ramionami i odeszła.
Zbiegłem na dół. W salonie, na skórzanej sofie siedział  niespodziewany gość.
Uśmiechnął się na mój widok i wstał.
-Co ty tu robisz?
-Martwiłem się, tak nagle zniknąłeś ze szpitala. - mruknął, a po chwili zamyślenia dodał - Dopiero Charlie powiedział mi, że jesteś u swojej matki.
-A no tak, w porządku.
-Pójdziemy na spacer? - zapytał, ponownie ukazując ząbki.
Kiwnąłem głową. Mieliśmy już wychodzić, gdy nagle zobaczyłem Kevina wpatrującego się w osłupieniu, w Oliwiera. On chyba to zauważył, bo odwrócił się i rzucił z kpiącym uśmiechem :
-Witaj Kevinie.
Kevin oprzytomniał, bo zmierzył wzrokiem z pogardą Oliwiera.
-Cześć, co tu robisz? - warknął.
-Mamy iść zamiar z Chrisem na spacer.- mruknął i pociągnął mnie za rękę.
-Uważaj na niego. - wskazał na Oliwiera i udał się w stronę kuchni.
  Spacerując z Olim, po ogrodzie przypomniałem sobie słowa Kevina skierowane do mnie "Uważaj na niego" co to miało znaczyć? Czy między nimi coś było? Niee, na pierwszy rzut oka widać było, że się nienawidzą.. chociaż.. jak to mówią od miłości do nienawiści jeden krok.. może jednak?
-Uwielbiam jak tak rozmyślasz. - stwierdził i  pocałował mnie w policzek.
W niespodziewanym momencie jego telefon się rozdzwonił.
-Zaczekaj momencik. - westchnął i odebrał, odchodząc w niewiadomym kierunku.
Usiadłem na ławeczce i zamknąłem oczy. Nie mam pojęcia ile minut minęło, ale gdy otworzyłem oczy Oliwiera nigdzie nie było.
Zostawił mnie - pomyślałem zawiedziony i zdecydowałem wyjść poza bramę domu.
Wsiadłem do limuzyny i poleciłem kierowcy pojechać do centrum miasta.
Patrzyłem na mijające drzewa, znaki, aż raptownie moją uwagę przyciągnęło wstrząsające wydarzenie.
Wydarłem się na kierowcę, żeby się zatrzymał. Samochód z piskiem opon wjechał w czyjeś ogrodzenie. Nie interesowało mnie to. Wygramoliłem się z auta i pobiegłem w stronę dwóch chłopaków, kopiących trzeciego. Byli w moim wieku.
-Zostawcie go! - wrzasnąłem cały czerwony ze złości. - Won!
Rzucili na mnie okiem i odeszli, wykrzykując w moją stronę przeróżne przekleństwa.
Podszedłem do skulonego chłopaka, odwróciłem go delikatnie. Chłopiec miał podbite oko, rozwaloną wargę z której ciekła krew.
-Dziękuje. - wyszeptał i stracił przytomność.
Pogna­łem do kierowcy. Wytłumaczyłem czemu tak nagle, kazałem mu się zatrzymać. On zrozumiał, wziął chłopaka na ręce, wpakował do auta  i pojechaliśmy do szpitala. Mam nadzieje, że nic mu nie jest. - pomyślałem.