Kolejne dni mijały niespokojnie. Odwiedziła mnie policja, wypytująca mnie o szczegóły. Wiadomość o moim przebudzeniu dotarła do mediów. Gazety rozpisywały się na ten temat. Fotoreporterzy tłoczyli się przed wejściem do szpitala. Pewnego dnia, gdy chodziłem po korytarzu poczułem, że ktoś mnie śledzi. Właśnie wtedy zza rogu wypadł paparazzi pstrykając mi pełno zdjęć. Stałem wystraszony, a w moje oczy błyskał flesz aparatu. Ochrona szpitala wyniosła nieproszonego gościa. Nie mam pojęcia, dlaczego okazałem się tak bardzo smakowitym kąskiem dla ich brukowców.
Siedziałem na parapecie i piłem poranną kawę, gdy usłyszałem ciche pukanie. Bez mojej zgody, do pokoju wszedł wysoki mężczyzna o czarnych i krótkich włosach, przystrzyżonych dokładnie. Na sobie miał idealnie wykrojony garnitur, a na nogach, na połysk wyczyszczone buty ze skóry. W jego brązowych oczach zobaczyłem łzy, które z trudem powstrzymywał. Podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. Gdy mnie puścił zobaczyłem, że na ręce ma złoty zegarek, a na palcach obrączkę i srebrny sygnet. Uśmiechnął się, ukazując śnieżnobiałe zęby.
-Synku - powiedział i poczochrał mi włosy.
-Tato, gdzie mama? - spytałem zaciekawiony i poprawiłem grzywkę.
Tymi słowami starłem z twarzy ojca, radosny uśmiech.
-Mamy mały kryzys. - wyburczał.
A ja nie zamierzałem pytać o więcej.
-Jutro wracasz do domu. - powiedział, a mi się zrobiło nagle smutno. Mam zostawić Boba?
-Ale jak to możliwe, przecież jest ich tam pełno. - wyszeptałem.
-O to się nie martw syneczku.
Nagle rozdzwonił się telefon, ojciec wyciągnął go z kieszeni spodni i odebrał. Pokazał mi na palcach “moment“ i oddalił się w drugą stronę sali. Zastanawiałem się czemu mają kryzys i jak wygląda mama. Wrócił, a jego wzrok był lodowaty.
-Dzwoniła twoja matka, chce żebyś u niej zostawał w weekendy. - wycedził przez zęby.
-Jutro jest weekend. - ucieszyłem się.
-Przyjedzie po ciebie o 10. Ja już musze się zbierać. - poinformował mnie. Przytulił mnie na pożegnanie i opuścił sale.
-Synku - powiedział i poczochrał mi włosy.
-Tato, gdzie mama? - spytałem zaciekawiony i poprawiłem grzywkę.
Tymi słowami starłem z twarzy ojca, radosny uśmiech.
-Mamy mały kryzys. - wyburczał.
A ja nie zamierzałem pytać o więcej.
-Jutro wracasz do domu. - powiedział, a mi się zrobiło nagle smutno. Mam zostawić Boba?
-Ale jak to możliwe, przecież jest ich tam pełno. - wyszeptałem.
-O to się nie martw syneczku.
Nagle rozdzwonił się telefon, ojciec wyciągnął go z kieszeni spodni i odebrał. Pokazał mi na palcach “moment“ i oddalił się w drugą stronę sali. Zastanawiałem się czemu mają kryzys i jak wygląda mama. Wrócił, a jego wzrok był lodowaty.
-Dzwoniła twoja matka, chce żebyś u niej zostawał w weekendy. - wycedził przez zęby.
-Jutro jest weekend. - ucieszyłem się.
-Przyjedzie po ciebie o 10. Ja już musze się zbierać. - poinformował mnie. Przytulił mnie na pożegnanie i opuścił sale.
Po jego wyjściu zrobiło mi się strasznie smutno i poczułem się strasznie samotny.
Nie wykazał zainteresowania moim zdrowiem. - pomyślałem rozgoryczony.
Nie wykazał zainteresowania moim zdrowiem. - pomyślałem rozgoryczony.
Mam nadzieje, że matka jest lepsza.. - ziewnąłem i z tą myślą zasnąłem.
Obudziłem się następnego dnia, a promienie słońca padały na moją twarz. Dzisiaj miałem poznać swoją mamę, poderwałem się z łóżka i ubrałem w ciuchy przyniesione przez ojca. Założyłem niebieską koszulkę z Myszką Miki, czarne spodnie i moje ulubione czarne conversy. Spakowałem się, patrząc niecierpliwie na zegarek. Podszedłem do lustra, wiszącego i wpatrywałem się w swoje odbicie.
Miałem wielkie oczy o niebieskim kolorze i jasne blond włosy. Moje rysy były delikatne, a usta malinowe.
Miałem wielkie oczy o niebieskim kolorze i jasne blond włosy. Moje rysy były delikatne, a usta malinowe.
Uśmiechnąłem się do siebie i poprawiłem grzywkę. Zarzuciłem torbę na ramię i opuściłem sale. Od razu podreptałem do gabinetu Marka po wypis, bez pukania wszedłem do pokoju. Uniósł głowę znad papierów, obdarowując mnie uśmiechem i podał mi wypis. Wepchnąłem go do kieszeni, a on uścisnął mnie przyjaźnie.
-Do zobaczenia, Christopher.
-Do widzenia doktorze Fine. - pożegnałem się, a gdy spojrzałem na zegarek, wskazówki wskazywały na 9:30. Miałem jeszcze pół godziny do przyjazdu mamy, zapukałem do znajomego pokoju. Nic nie usłyszałem po drugiej stronie, nacisnąłem klamkę, ale drzwi były zamknięte. Przestraszony podszedłem do dyżurki i ponownie zapukałem w szybkę.
-Do zobaczenia, Christopher.
-Do widzenia doktorze Fine. - pożegnałem się, a gdy spojrzałem na zegarek, wskazówki wskazywały na 9:30. Miałem jeszcze pół godziny do przyjazdu mamy, zapukałem do znajomego pokoju. Nic nie usłyszałem po drugiej stronie, nacisnąłem klamkę, ale drzwi były zamknięte. Przestraszony podszedłem do dyżurki i ponownie zapukałem w szybkę.
Zapytałem się pielęgniarki, gdzie pacjent z pokoju 251.
-Pan Wilson miał w nocy atak, niestety nie udało się go uratować..
Dalej nie słuchałem, odszedłem lekko się chwiejąc. W moje serce wtargnął chłód, a z oczu leciały łzy. Bob..Bob.
-Dlaczego?! - ryknąłem i kopnąłem w ścianę.
-Dlaczego?! - ryknąłem i kopnąłem w ścianę.
Był moim przyjacielem, jak można odebrać komuś przyjaciela. Nie wierzyłem w Boga, ale teraz nienawidziłem z całego serca tego, który steruje nami jakbyśmy byli kukiełkami, które odgrywają przydzielone role. Kiedy znudzi mu się kukiełka, wyrzuca ją na śmietnik nie zważając na to czy ta kukiełka miała kogoś ważnego. Tak jesteśmy kukiełkami.
Wytarłem łzy i zerknąłem na zegarek 9:59.
Spojrzałem na windę, która się właśnie otwierała. Z windy wyszedł wysoki, umięśniony mężczyzna po 30. Ubrany był na czarno, podszedł do mnie.
-Christopher Fox?
Kiwnąłem głową.
- Twoja matka czeka w aucie. - burknął i zabrał mi torbę. Wsiedliśmy do windy i zjechaliśmy do podziemnego parkingu.
Spojrzałem na windę, która się właśnie otwierała. Z windy wyszedł wysoki, umięśniony mężczyzna po 30. Ubrany był na czarno, podszedł do mnie.
-Christopher Fox?
Kiwnąłem głową.
- Twoja matka czeka w aucie. - burknął i zabrał mi torbę. Wsiedliśmy do windy i zjechaliśmy do podziemnego parkingu.
Od razu zobaczyłem swoją matkę, stojącą przy białym mercedesie z papierosem w ustach. Miała przymknięte oczy, ale gdy je otworzyła zobaczyłem ten sam niebieski kolor, te same delikatne rysy twarzy i ten sam kolor włosów. Wyciągnęła do mnie ręce, a gdy podszedłem przytuliła mnie mocno.
-Maxim, jedziemy. - rozkazała i wsiadła do auta. Ja usadowiłem się z tyłu na miękkich, skórzanych siedzeniach.
-Maxim, jedziemy. - rozkazała i wsiadła do auta. Ja usadowiłem się z tyłu na miękkich, skórzanych siedzeniach.
-Prześpij się kochanie. - zagruchała, a ja posłusznie zamknąłem oczy i zasnąłem.
Śniło mi się, że jest noc, a ja wychodzę ze sali w szpitalu i idę do pokoju Boba. Jednak drzwi były zamknięte. Zaniepokojony zajrzałem do pokoju przez dziurkę do klucza. W pokoju panował półmrok, a obok spokojnie śpiącego Boba stał odwrócony mężczyzna.. ze.. ze strzykawką.
Otworzył buteleczkę z płynem i nabrał go do strzykawki. Następnie wstrzyknął to Bobowi. Usłyszałem przeraźliwy pisk maszyny wskazującej na zatrzymanie akcji serca. Próbowałem pobiec po pomoc, ale podłoga szpitalna zaczęła roztapiać się i mnie pochłaniać. Drzwi pokoju otworzyły się i mogłem jedynie patrzeć jak mój przyjaciel umiera. Lekarze przybiegli za późno. Wydarzenie rozpłynęło się w nicości, a ja obudziłem się zlany potem i sercem bijącym jak młot. Po chwili uświadomiłem sobie, że to był koszmar, a ja siedzę w mercedesie matki. Moje serce zaczęło się uspokajać. Wyjrzałem przez okno. To co zobaczyłem zaparło mi dech w piersiach. Podziwiałem ogromny dom, przypominający pałac. Na prawie całą szerokość posesji rozciągał się przepiękny ogród. Gdy brama otworzyła się i wjeżdżaliśmy na podjazd, w kącie ogrodu zauważyłem gigantyczną fontannę zbudowaną z marmuru. Wodę wypuszczał wyrzeźbiony aniołek. Wyszedłem z auta, a kamyki zachrzęściły pod moimi butami. Moja matka wyskoczyła z auta z następnym papierosem w ustach.
Jej ile ona paliła - pomyślałem zniesmaczony.
Przed matką wyrósł Maxim, który otworzył nam drzwi. Wkroczyłem do domu pewnym krokiem. Najpierw zauważyłem masę obcych ludzi, a nad ich głowami, wiszący na powitanie transparent "Witaj w domu Christopher!"
Wszyscy zaczęli śpiewać "Sto lat, sto lat", a ja stałem tam jak słup soli i patrzyłem na nich oczami wielkimi jak spodki. Szef kuchni przywiózł czekoladowy tort z szesnastoma świeczkami. Aaa, no tak nie obchodziłem urodzin, to dlatego to wszystko.
- Zdmuchnij świeczki! - wszyscy krzyknęli jednogłośnie.
Posłusznie zdmuchnąłem świeczki. Usłyszałem oklaski, skłoniłem się zażenowany.
-Wracajcie do pracy - matka machnęła ręką, a całe zbiorowisko rozeszło się szybko w różne strony.
-I jak ci się podobało?
- Nie spodziewałem się tego - mruknąłem szczerze.
- Chcesz zobaczyć swój pokój? - zapytała.
Kiwnąłem głową, a ona przywołała do siebie ruchem ręki wyższego ode mnie bruneta, o zielonych oczach i z zabójczym uśmiechem. Omiótł mnie wzrokiem, a ja zarumieniłem się po uszy.
-Kevinie, oprowadź mojego syna po domu - rozkazała matka i odeszła w stronę salonu.
Kevin stał i przewiercał mnie wzrokiem z kpiącym uśmieszkiem na twarzy.
- A więc to ty jesteś dziedzicem?
- Mhm..
- Dobrze, a więc chodźmy. - powiedział i odwrócił się na pięcie, zmierzając w stronę schodów.
Chyba się nie zaprzyjaźnimy - pomyślałem i podreptałem za nim.
Czemu myślę że Kevin to jakiś pedofil.? ; - ;
OdpowiedzUsuńCo masz z polskiego? Fantastycznie piszesz:3
OdpowiedzUsuńKolejny boski rozdział... Kevin trafiasz na listę podejrzanych XD
OdpowiedzUsuń